Walentynkowy konkurs

z Renault MEGANE GRANDCOUPE

Spraw, aby walentynki w tym roku były
dla was niezapomniane!

Opowiedz nam swoją historię miłosną, która zrodziła się z prawdziwej pasji i wygraj jedną z atrakcyjnych nagród: romantyczny weekend dla dwojga w Hotelu Narvil, wieczorowy makijaż, kolację z butelką najlepszego wina, tydzień z samochodem Renault Megane GrandCoupe, walizki od firmy Renault lub zestaw kubków dla dwojga!

Biorę udział>

Nagrody w konkursie

I miejsce:

Pakiet SPA dla dwojga w VIP Room wraz z noclegiem
w hotelu Narvil w dniach 18-19.02

Makijaż wieczorowy

Kolacja z butelką wina

Samochód Renault MEGANE GRANDCOUPE
od 14 do 20 lutego

Poznaj MEGANE GRANDCOUPE »

II i III miejsce:

Walizka Renault Sport
o wartości 624 PLN (brutto)

Nagrody dodatkowe:

7 x zestaw dwóch kubów Renault

Zwycięzcy

I Miejsce

Patrycja R. (Gierałtowice)

II i III Miejsce

Monika S. (Poznań)

Wioleta P. (Gdańsk)

Nagrody dodatkowe

Barbara M. (Rzeszów)

Marta J. (Głogów)

Wanda K. (Starogard Gdański)

Dagmara G. (Kraków)

Urszula K. (Białystok)

Alicja K. (Zielona Góra)

Bogdan J. (Kwidzyn)

X

Zgłoszenia

Poznaj historie użytkowniczek! Opowiedz swoją i dołącz do akcji! »

Anna K.

Szczodre

Od zawsze lubiłam fotografię, za pieniądze z komunii kupiłam pierwszy aparat i zapas klisz. Łapałam ...

Więcej »
Od zawsze lubiłam fotografię, za pieniądze z komunii kupiłam pierwszy aparat i zapas klisz. Łapałam życiowe chwile dziecka. Po latach za pierwsze zarobione na etacie pieniądze kupiłam pierwszy aparat cyfrowy, fakt jest taki, że większość telefonów ma teraz lepsze niż był on, ale mam go do dziś z sentymentem. Kupiłam akumulatorki, pierwszą kartę pamięci i robiłam setki zdjęć, wciąż odkrywając na nowo różne perspektywy fotografii. Na jednej z moich eskapad z aparatem na studiach poznałam faceta który również polował na babie lato w rosie z aparatem, od słowa do słowa, od uśmiechu do uśmiechu...Jakoś tak zaiskrzyło, pierwsze spotkanie trwało kilka godzin, gadaliśmy o fotografii ale i nie tylko, ciężko było się rozstać. Wymieniliśmy się numerami telefonów i już tego samego wieczoru umówiliśmy się na pierwszą randkę. Na każdej towarzyszyły nam aparaty, fotografowaliśmy siebie ale też przyrodę, architekturę. Z każdym spotkaniem było ciekawiej, wzajemne pokazywanie różnych perspektyw, co za tym idzie nieśmiałe zbliżanie swoich ciał ku sobie, pierwsze chwycenie się za ręce, pierwszy delikatny i nieśmiały pocałunek. Było cudownie. Po niespełna roku w moim rodzinnym domu zobaczyłam ukochanego z 2 bukietami kwiatów, czymś wysoko procentowym dla taty i wymarzonym pierścionkiem którym gdzieś przy okazji się zachwyciłam na wystawie jubilera, uklęknął i poprosił o moją rękę, odpowiedź była jasna-tak! Po niespełna roku byliśmy już małżeństwem, po 2 latach urodziłam córeczkę a za becikowe i odkładane pieniążki kupiliśmy porządny aparat którym robiliśmy zdjęcia naszemu skarbowi. Wciąż rozwijamy swoją pasję, którą chcę przekształcić w sposób na życie bo kocham to, tak samo jak kocham najwspanialszego faceta pod słońcem który jest moim mężem, a co cudowne-dzieli ze mną tą samą pasję, dzięki temu nigdy się jeszcze z sobą nie nudziliśmy bo wciąż przed nami nowe fotograficzne wyzwania.

Żaneta B.

Chorzów

Już jako mała dziewczyna przejawiałam zainteresowania, które nie były typowe dla dzieci w moim wieku...

Więcej »
Już jako mała dziewczyna przejawiałam zainteresowania, które nie były typowe dla dzieci w moim wieku. Zawsze też niesamowicie angażowałam w każdą rzecz, do której podchodziłam emocjonalnie. Tak też było i z moimi pasjami: hodowlą patyczaków, zgłębianiem starożytnego języka Inków, aż do hobby bardziej ekstremalnych jak latanie szybowcem. Przez moje zainteresowania byłam postrzegana w niektórych kręgach znajomych jako dziwna i alienująca się. Rówieśnicy nie potrafili zrozumieć, że nie interesowały mnie imprezyi śledzenie losów gwiazd muzyki. Jednak jedna z moich największych pasji zrodziła się w okresie liceum, gdy postanowiłam nauczyć się niszowego języka migowego. Dzięki zgłębianiu tego pięknego języka poznałam również jego - Szymona. Wysokiego, przystojnego szatyna o niesamowicie niebieskich oczach, które błyszczały jak diamenty, gdy patrzył w moją stronę. Od razu mi się spodobał. Zamigałam do niego nieśmiało : -Cześć, jestem Żaneta. - Hej, a ja Szymon. Po chwili wymigał do mnie coś jeszcze, ale wtedy totalnie go nie zrozumiałam, a nie było nikogo w pobliżu kto mógłby pełnić funkcję tłumacza. Przez kolejny tydzień przesiadywałam po szkole w bibliotece i próbowałam nauczyć się jak najwięcej znaków, aby mogła złapać kontakt z moją nową sympatią. Jak się później okazało zupełnie niepotrzebnie, Szymon jest słyszący, a język migowy zna od dziecka, ponieważ jego rodzice są głusi. Poznany przystojniak wdrożył mnie w tajniki języka migowego. Dziś jestem tłumaczem, moja pasja stała się moją pracą. A mój mężczyna potrafi mi wyrazić miłość bez słów w najpięknieszym języku jaki znam. No i do tego mogę bez problemu porozumieć się z moimi przyszłymi teściami ;)

Alicja S.

Nowa Wieś

Moją pasją zawsze były samochody, kochałam ich prędkość, dźwięk, sylwetkę... Miałam 5 braci, którzy ...

Więcej »
Moją pasją zawsze były samochody, kochałam ich prędkość, dźwięk, sylwetkę... Miałam 5 braci, którzy mieli swoje małe "warsztaciki" więc miałam okazje "poznać" wiele samochodów. A były to lata 90 gdzie na drogach nie było zbyt wiele pojazdów więc potrafiłam rozpoznać prawie każdy model. W liceum często robiłam zawody z chłopakami (stojąc na przerwach w oknach)kto rozpozna ich więcej. Zwykle wygrywałam więc przegrany zapraszał do kina lub inną atrakcje. Tylko jeden M. był lepszy ode mnie więc musiałam się sporo podszkolić(np ile auto ma koni, kilometrów, centymetrów, mocy, itp. )aby mu dorównać. Zaczęliśmy ze sobą rozmawiać głównie o autach( wtedy każde auto miało "duszę" więc rozmowa o nich to sama radość, niczym rozmowa o bliskich) - i tak z miłości do nich zrodziła się miłość między nami, która trwa już 25 lat ;)

Barbara G.

Zabrze

W domu wychowywana byłam w tradycji, mama jest pielęgniarką, więc siostra także nią została, tata by...

Więcej »
W domu wychowywana byłam w tradycji, mama jest pielęgniarką, więc siostra także nią została, tata był górnikiem, więc i ja nim pozostanę - tak pomyślałam. Było to moje marzenie z dzieciństwa, fascynowała mnie kopalnia, a nawet bycie brudnym. Dziś swe marzenie spełniam i kończę studiować górnictwo. Pamiętam mój drugi zjazd na dół, nigdy się tego nie bałam, zjazdy nie budziły we mnie strachu, wręcz przeciwnie ekscytację, można rzec, że jestem zakochana w węglu i jego pokładach. Zajęcia praktyczne w ramach zajęć odbywały się w kopalni w Katowicach. Wyposażeni w lampy, aparaty oddechowe- ucieczkowe, hełmy poszliśmy z grupą "zwiedzać" wyrobisko, poznać pracę górników i ich samym. Chodziłam jak zaczarowana i natrafiłam na niego - Marcina - młodego górnika, od razu coś zaiskrzyło, bo raczej na jego wygląd nie miałam jak zwrócić uwagi, bo cały był pokryty pyłem węglowym. Zaczęliśmy rozmawiać, czułam się jakby opowiadał mi piękną bajkę, a opowiadał o kopalni, pod koniec szychty (dniówki), już po wyjściu spod pryszniców, ubrani wyszliśmy na korytarz, zaczepił mnie przystojny mężczyzna, nie poznałam, że był to Marcin, zaprosił na kawę do bufetu i tak do dziś trwamy w tej węglowej miłości.

Lidia C.

Rybnik

Znajdujemy się w Paryżu - w mieście zakochanych, gdzie kupidyn dwoi się i troi, strzelając swą amuni...

Więcej »
Znajdujemy się w Paryżu - w mieście zakochanych, gdzie kupidyn dwoi się i troi, strzelając swą amunicją na oślep. Zewsząd otacza nas woń miłości i podniecenia. Mam wrażenie, że pożądanie uległo tutaj krystalizacji i spada na mnie z nieba z każdym kolejnym płatkiem śniegu. Chyba właśnie nastąpił ten moment, kiedy na własnej skórze poczułam magię tego miejsca, przed którą wzbraniałam się rękami i nogami, twierdząc, że nie wierzę w te brednie. Dodatkowo, tę całą romantyczność miejsca podsyca fakt, że kalendarz wskazuje dokładnie 14 lutego, czyli Dzień Zakochanych. To jakiś obłęd. Powoli staram się poddać atmosferze stolicy Francji, choć robię to z dużym dystansem... Wracając do tematu, nie wyjaśniłam Wam co ja tu robię. Dzięki nieokrzesanej spontaniczności mojej przyjaciółki, pewnego pięknego dnia, otrzymałam pocztą zabukowane bilety na samolot oraz wydruk z rezerwacją hotelu w Paryżu. Do paczki dołączony był list. Nie musiałam go nawet otwierać, to było jasne, że tylko ona była w stanie wywinąć taki numer. Spojrzałam tylko na datę, dziewczyna zaplanowała nam typowy wyjazd dla singielek... w Walentynki! Może to i dobrze, pomyślałam. Tydzień później, pełne optymizmu, powitałyśmy paryski port lotniczy. W planach miałyśmy zwiedzanie katedry Notre-Dame, Luwru, Wieży Eiffela, a nawet wizytę w Muzeum Figur Woskowych. Wybrałyśmy się również na podróż statkiem, który przepływa pod mostem zakochanych i to właśnie tutaj zaczęła się cała moja walentynkowa przygoda... Legenda głosi, że para która pocałuje się pod mostem Marie połączy się węzłem miłości na całe życie. Wiedząc o tych paryskich "zabobonach" celowo usiadłyśmy osobno i wyczekiwałyśmy wybranka naszego serca. W ogóle nie dziwił nas fakt, że nikt taki się nie pojawiał. Co więcej, zupełnie nikt nie chciał się do nas dosiąść! Chwilę później, szansa mojej przyjaciółki na miłość została bezpowrotnie przekreślona, dosiadła się do niej starsza Pani, która z racji płci i wieku nie nadawała się na kandydata do założenia rodziny. Ja już nieco ubawiona wtedy, czekałam dalej ale jak na złość nikt się nie pojawiał. Kiedy już całkiem zrezygnowałam zobaczyłam mężczyznę, który dosłownie "rzutem na taśmę" dostał się na statek, a po chwili stanął przede mną i przemiłym głosem zapytał czy obok jest wolne. Normalnie powiedziałabym pewnie coś w stylu "Specjalnie dla Ciebie zajmowałam to miejsce, już myślałam, że nie zdążysz" i obróciła całą sytuację w żart, ale w tej chwili byłam jak zaczarowana i jedyne co potrafiłam wydukać to przeciągane TAAAAK. Być może mężczyzna nie był moim ideałem, ale przyznaję, że miał to coś, co mnie w nim zaintrygowało. Po chwili odpłynęliśmy od brzegu. Przepływając pod mostem Marie stało się coś niezwykłego. Magia tego miejsca dotknęła i mnie, a może gdzieś na statku biegał kupidyn? Nie mam pojęcia. Pamiętam tylko ten pocałunek, a zaraz później przeprosiny zawstydzonego mężczyzny. Spytał mnie czy się gniewam, a ja odpowiedziałam, że owszem, bo za piękne chwile się nie przeprasza. Po chwili jego zakłopotana twarz rozpromieniła się, a na ustach zagościł szeroki uśmiech, a dalszą wycieczkę spędziliśmy już we trójkę.

Klaudia K.

Marklowice Górne

Ja, blada i nieśmiała dziewczyna, z długim warkoczem wynurzającym się z pod kasku. Wybrałam się w ma...

Więcej »
Ja, blada i nieśmiała dziewczyna, z długim warkoczem wynurzającym się z pod kasku. Wybrałam się w majowy, słoneczny dzień na rower. Po rześkim przejechaniu dziesięciu kilometrów w promieniach słońca, nagle coś strzeliło zaraz pod moimi stopami. No tak to była dętka. On, wysoki, opalony z gęstymi czarnymi włosami zatrzymał się tuż obok i zapytał czy potrzebna mi pomoc. Oczywiści że tak! Nigdy nie wymieniałam dętki w kole! Wysokiemu brunetowi wymiana dętki poszła bardzo sprawnie, nie tak jak nasze próby zakończenia pierwszego spotkania. Przez kolejnych pięć lat przejechaliśmy wspólnie na rowerach setki kilometrów. Po drodze minęliśmy już zaręczyny i nasz ślub. A teraz jedziemy dalej razem i do przodu.

Ewa L.

Poznań

Pewnego dnia, świadomie, choć może nie do końca, stałam się właścielką labradora. Leonek jest do dzi...

Więcej »
Pewnego dnia, świadomie, choć może nie do końca, stałam się właścielką labradora. Leonek jest do dziś bestią autonomiczną i niereformowalną - co nie znaczy, że nie próbowałam. Jego poznałam, jak wyciągnął mnie ze stawku w Parku Sołackim, gdzie Leon mnie wciągnął (chciał poznać kaczkę), mokre jesienne liście pomogły, a wyciągnąć już nie miał kto (kaczka była bardzo interesująca). Michał właśnie szedł z jednych zajęć na drugie (Akademia Rolnicza podówczas, dziś juz Uniwersytet Przyrodniczy, kierunek - rzecz jasna! - ochrona środowiska). Stąd (kierunek studiów) wiem, że Michałowi nie chodzło o mnie, tylko o psa, ale nie pytam, bo po tylu latach, to już nie ma sensu. Wspólne spacery, desperackie próby nieco bardziej profesjonalnego wychowywania Leosia (zdecydowanie za późne) i wprowadzenie się do mego łóżka - na trzeciego (nie ma co udawać, że było inaczej) -następowały kolejno po sobie... Ale jeśli chodzi o miłość do labradorów i do Leonia - to wpadł na całego. Nawet ślub podporządkował psu, bo goście musieli przynosić karmę zamiast kwiatka, a kasa szła na Fundację Labrador. To jest taka fundacja, która szkoli labki dla niewidomych, SZKOLI! SZKOLI LABRADORY. Oksymoron normalnie :) No i prezenty, które wymyślał - szkolenie Leśka, żeby nadawał się do dogoterapii (odwiedzaliśmy potem chore dzieci) - Lesiu tam musiał tylko leżeć, ewentualnie lizać dzieci, więc to akurat wyszło... Potem wychowywanie Leonia, żeby wychował nam dziecko... Teraz Leon ma już trzynaście lat i jest już staruszkiem. Ale nadal, jak wspominam ten cholerny stawek, to mruczy jak kot (Michał miał wizję, że zaszczepi mu pewne kocie cechy - wyszło tylko z mruczeniem)... No i mam nadzieję, że jest zadowolony - bo dziś jestem przekonana, że on to sobie wykombinował (Leon, rzecz jasna, przecież nie Michał), a kaczka w tym stawie nie była przypadkowo. Chodziło o to, rzecz jasna, żeby mieć jeszcze Pana... Wiecie - łowienie ryb, bieganie, wspólne oglądanie meczów na kanapie i te sprawy :) A ja byłam tylko częscią tego leonowego planu. Udanego - żeby nie było niejasności :)

Angelika N.

Bytom

Na studiach miałam paczkę znajomych, z którymi często wybieraliśmy się w nasze polskie góry. Uwielbi...

Więcej »
Na studiach miałam paczkę znajomych, z którymi często wybieraliśmy się w nasze polskie góry. Uwielbialiśmy piesze wędrówki, kiedy to byliśmy na szlaku już o 6 rano. Do naszej paczki dołączył brat jednej z naszych koleżanek, Marcin. Podczas tych kilku górskich wypraw, gdzie siedzieliśmy wpatrując się w piękne Tatry, bardzo zbliżyliśmy się do siebie, a na pierwszą randkę Marcin przyniósł mi bukiet marchewek a nasza kolacja to konserwa z czerstwą bułką przy Wodogrzmotach Mickiewicza....do tej pory chodzimy po górach, tym razem zabierając ze sobą naszą 6 letnią córkę....

Karolina J.

Nowa Sól

W moim życiu wszystko było zawsze poukładane i zaplanowane, ale tylko do pewnego momentu. Byłam w zw...

Więcej »
W moim życiu wszystko było zawsze poukładane i zaplanowane, ale tylko do pewnego momentu. Byłam w związku prawie 3 lata, wszystko zmierzało do zalegalizowania związku, ale natura chciała czegoś innego. Tuż przed godziną 19 wybrałam się na przejażdżkę rowerem. Uwielbiam tak spędzać swój wolny czas. Pedałować przed siebie i czuć wiatr we włosach. Wyjeżdżając, nie wiedziałam, że ta jazda zmieni całe moje poukładane życie. Jechałam sobie parkową alejką, podziwiając nadchodzącą wiosnę, gdy nagle z bocznej uliczki wyskoczył wprost na mnie rozpędzony rowerzysta. Zdążyłam tylko wrzasnąć i razem z rowerem wpadłam w żywopłot. Byłam wściekła, a on zatrzymał się i ruszył mi z pomocą. Oczywiście usłyszał co o nim myślę i nie było to nic miłego. Obijana i obolała dotarłam do domu, ale przez cały czas miałam przed sobą jego piękne duże niebieskie oczy. Przez następny tydzień byłam roztargniona, bo wciąż myślałam o tajemniczym rowerzyście. Kilka dni później znowu jechałam rowerem, gdy nagle usłyszałam obok siebie znajomy głos. Serce zabiło mi jak oszalałe. - Dzień dobry! Przeszła już pani złość? Z uśmiechem skinęłam głową. Zeszliśmy z rowerów i usiedliśmy na ławce. Mój rowerzysta okazał się świetnym rozmówcą. Miał na imię Dawid, został moim kumplem, przyjacielem i zmienił całe moje życie. Zerwałam z moim ówczesnym chłopakiem i po 3 miesiącach znajomości zostaliśmy narzeczeństwem. Dawid niedawno mi się oświadczył. Wkrótce planujemy ślub....

Kinga G.

Mińsk Mazowiecki

Początek był dziwny i niespodziewany. Ja, dziewczyna w trudnym momencie życiowym, której spadku nast...

Więcej »
Początek był dziwny i niespodziewany. Ja, dziewczyna w trudnym momencie życiowym, której spadku nastroju nikt nie akceptował. On - chłopak, który pisał do mnie przez internet wprost ze szpitala psychiatrycznego w Tworkach. Ja z podejrzeniem depresji, on- schizofrenii. Nasza pasja: analizowanie świata i oddalanie się od niego, które niepokoiło wszystkich wokół. Staliśmy się parą po miesiącu znajomości, po dwóch mieszkaliśmy już wspólnie i to nie w szpitalu. Nasza pasja? Wnioski z czynionych wcześniej analiz, czyli krytyka bardziej konstruktywna, choć trudna w naszych sytuacjach, pełnych lęków przed światem, przed ludźmi, przed życiem. Dziś, po pięciu wspólnych latach, nasza pasja zaczęła wydawać owoce. Z naszych analitycznych, ale odizolowanych umysłów, wykluło się spojrzenie na innych potrzebujących, którzy nie potrafią się w świecie odnaleźć. Po tym, jak, dzięki wzajemnemu wsparciu, nauczyliśmy się funkcjonować w społeczeństwie, zaczęliśmy skupiać się na pomocy. Otworzyliśmy oczy na innych ludzi i, przede wszystkim, na zwierzęta - spychane na margines, jak my kiedyś, ze względu na odmienność. Przygarnęliśmy gromadkę kotów, a innym pomagamy, jak możemy. Dziś nasza pasja jest czymś na kształt naszego dziecka. Ciągle, w miarę możliwości, pomagamy, organizujemy zbiórki, uświadamiamy ludzi, że nie tylko oni istnieją na tej planecie. Może to niewiele, ale uważamy, że to z takich, niewielkich czynności, składa się dobro. Nie z idealnego fit ciała, nie z nadmiaru bogactwa, nie z "kariery" w korporacji, nie z medali i nie z nowych mebli. Oto my. Rozpoznaliśmy się w kilka minut, które stają się latami i nigdy stawać się nie przestaną, tak samo, jak my nigdy nie przestaniemy pomagać i uświadamiać ludzi, co tak naprawdę jest w życiu istotne. Mogę więc powiedzieć, że nasz związek zrodził się z pasji i jednocześnie pasję wykreował. Tego też życzę wszystkim innym parom. Nie skupiajcie się na pracy, na tym, co rzekomo trzeba, czy co wypada. Nie reagujcie na stereotypy, obalajcie je. Miejcie odwagę być ze sobą, mimo, że inni Wam to odradzają, twierdząc, że nie jesteście gotowi. Bo razem gotowi się staniecie. Nie jesteście w tym nienormalni - jesteście wspaniali! <3

Barbara S.

Książ Wlkp.

Nasz historia miłosna zrodziła się z pasji do gotowania, poznaliśmy się z Krzyśkiem na kursie gotowa...

Więcej »
Nasz historia miłosna zrodziła się z pasji do gotowania, poznaliśmy się z Krzyśkiem na kursie gotowania dla początkujących. Co prawda teraz nie uczęszczamy na kurs, ale świetnie uzupełniamy się w domu. Poznaliśmy się 6 lat temu i wydaje mi się, że od razu zaiskrzyło, ale nie chciałam dać po sobie poznać, ze Krzysiek mi się podoba, chciałam żeby o mnie zawalczył i wiecie co wymyśliłam? Stwierdziłam, że jeśli nie będę czegoś potrafiła to on mi pomoże, a ja będę mogła go przekonać jaka jestem świetna w gotowaniu. Krzysiek od razu załapał o co mi chodzi ale początkowo grał świetnego nauczyciela. Cały kurs przegadaliśmy o tym co robimy, czym się interesujemy, oprócz gotowania i co byśmy chcieli robić. Krzysiek nie zapytał wprost o mój numer, ale bawił się w jakieś podchody, w końcu go dostał, a ja modliłam się, żeby napisał. Lata mijają, a my wciąż w sobie zakochani, co prawda gotujemy na zmianę, ale reszta jest wspólna

marta d.

warszawa

Historia miłosna która z pasji do kolei się zrodziła. On kierownik budowy mający doświadczenie, niec...

Więcej »
Historia miłosna która z pasji do kolei się zrodziła. On kierownik budowy mający doświadczenie, nieco starszy od niej na początku budowy na nią nie zwraca uwagi, ignoruje. Zobaczyć w niej kobiety nie próbuje. Ona dla które łapka sb7, szyna czy łupek ta pojęcia nowe powoli powoli świat budowy toru opanowuje. Wspólne narady, odbiory wyceny, spacery po linii parkę do siebie zbliżają. A w efekcie wspólnie mieszskać zaczynają:)

Katarzyna M.

Złoty Stok

Nasza historia miłosna zaczęła się od upadku w górach pod nogi mojego księcia, lecz okazało się, że ...

Więcej »
Nasza historia miłosna zaczęła się od upadku w górach pod nogi mojego księcia, lecz okazało się, że tak naprawdę połączyła nas pasja chodzenia. Poznaliśmy się przypadkiem na szlaku górskim, moja siostra zaproponowała obiad na świeżym powietrzu, który okazał się piknikiem pod wieżą widokową. W trakcie wdrapywania się na szczyt chciałam uwiecznić wyczyn mojej ciężarnej siostry, jak dzielnie wspina się do góry na zdjęciu, pech chciał, że szukając miejsca na idealną fotografię poślizgnęłam się na wilgotnym mchu i zjechałam na kolanach wprost pod JEGO nogi. On wyciągnął do mnie rękę i pomógł mi wstać, po czym uśmiechnął się i zaproponował, że zrobi nam pamiątkowe zdjęcie, tj. mi i siostrze. Dalej szliśmy już w trójkę. Rozmawialiśmy o górach, pieszych wędrówkach i oczekiwaniu na pierwszego synka Kariny. Na szczycie w ramach wdzięczności zaproponowałam Mu wspólny posiłek, w końcu w koszyku czekała na nas moja wyśmienita sałatka, arbuz i rogaliki. Po tej krótkiej wyprawie Robert zaprosił mnie na randkę. Okazało się, że obydwoje jesteśmy pasjonatami wędrówek. Kochamy chodzić po płaskim, piaszczystym i górzystym. W słońcu, śniegu, deszczu. Od tamtej pory minęły już dwa lata, a my ciągle maszerujemy!! W tym roku przeszliśmy razem 190 km i 380 km osobno, aczkolwiek rozmawiając podczas tego przez telefon. Odległość, która nas dzieli, czyli niecałe 200 km, nie pozwala nam na częste wspólne chodzenie. A szkoda, bo pikniki są pyszne nawet w zimie!!

Joanna L.

Gliwice

Spotkaliśmy się w Jazz Clubie. Pomiędzy dźwiękami prawie nie zwróciłam uwagi na mężczyznę, który mni...

Więcej »
Spotkaliśmy się w Jazz Clubie. Pomiędzy dźwiękami prawie nie zwróciłam uwagi na mężczyznę, który mnie zagadywał "Kto to? Za ładny na muzyka" - pomyślałam, po czym zaczęłam patrzeć w nuty. Nie prosiłam się o miłość i nie podejrzewałam, że ona właśnie mi się zdarza. W życiu liczyło się dla mnie głównie to, żeby grać i żeby nikt mi w tym nie przeszkadzał. Moja pasja, muzyka. Od dziecka bardziej niż ludzi kochałam kawałek blachy. Muzycy są biedni, muzycy są nienormalni, to nie dla kobiety. Będziesz piła piwo z facetami, nie będziesz mieć dobrej pracy. Nie graj. Mimo to postanowiłam grać na trąbce, co załamywało rodzinę i wkurzało sąsiadów. Od przystojnych mężczyzn wolałam ładne dźwięki. Nie widziałam nikogo i niczego, co wychodziło poza czarę mojej trąby. Zazwyczaj byłam samotna. Godziny spędzane na żmudnym ćwiczeniu pogłębiały tylko introwersję i przepaść, jaka dzieliła mnie od reszty świata. Któregoś dnia poszłam na koncert jazzowy. Popatrzyłam na grających tam muzyków i pomyślałam, że chciałabym tak, jak oni. Po latach sama zaczęłam grać jazz. Nie wiedziałam, że pod sceną spotkam wyjątkowego mężczyznę. Jego pasja, muzyka. Jego znajomi twierdzą, że jazz istnieje tylko dla szpanu i nie da się tego słuchać. On twierdzi inaczej, pracuje z muzykami. Dlatego właśnie spotkaliśmy się w tym samym miejscu, w tym samym czasie. Dlatego On akceptuje mnie ze wszystkimi moimi trąbkami, całą tą muzyką i całą resztą dziwactw. Co mogę jeszcze o Nim powiedzieć. Może za jakiś czas powiem, że Go kocham. Póki co mamy wspólną pasję i coraz więcej wspólnych spraw. Wreszcie mogę stwierdzić, że w moim życiu wszystko gra.

Katarzyna F.

Warszawa

Nasza miłość to przeznaczenia poznaliśmy się zwyczajnie - mam takie wrażenie w gronie przyjaci...

Więcej »
Nasza miłość to przeznaczenia poznaliśmy się zwyczajnie - mam takie wrażenie w gronie przyjaciół normalne spotkanie o życiu i szkole opowiadanie Lecz potem do kawiarni na ciastko mnie zabrałeś jak prawdziwy dżentelmen mi drzwi otwierałeś pisałeś, dzwoniłeś codziennie wieczorem każdy mój wieczór napełniałeś humorem Aż w końcu ta przyjaźń swój status zmieniła Bo miłość wyznałeś mi na urodzinach I od tej pory nierozłącznie trwamy W miłości, przyjaźni - mocno zakochani !

Marta J.

Dobrzany

Wydarzylo sie to przed kilku laty, kiedy moja pasja byly podroze, konkursy i herbaty. Produkujacy he...

Więcej »
Wydarzylo sie to przed kilku laty, kiedy moja pasja byly podroze, konkursy i herbaty. Produkujacy herbaty czarne i owocowe zorganizowal konkurs na haslo reklamowe. Popijajac napar pachnacy i zdrowy stworzylam najlepszy slogan reklamowy. Dzieki temu moglam realizowac pasje podroznicze, bo nagroda byly bilety lotnicze. Hiszpania i Portugalia otworzyly wtedy przede mna swe drzwi i tam poznalam Slawka, do ktorego milosc w mym sercu wciaz tkwi. Polaczyla nas pasja do podrozy, a wspolna pasja milosci bardzo sluzy. I powiem wam jeszcze w sekrecie, ze od tamtej chwili przez zycie podrozujemy w duecie.

Kamila B.

Stanisławów

Zbliżają się walentynki, a wraz z nimi wracają wspomnienia. Mój mężczyzna wie, że nie należę do kobi...

Więcej »
Zbliżają się walentynki, a wraz z nimi wracają wspomnienia. Mój mężczyzna wie, że nie należę do kobiet, które chcą spędzić tak wyjątkowe dni w czterech ścianach, może to jeszcze nie te lata. Lubię wychodzić do znajomych lub gdziekolwiek, aby nie siedzieć w domu. Od kilku lat walentynki wyglądały tak samo, kino i romantyczna kolacja. Ktoś by powiedział cudownie, a dla mnie to już za dużo monotonii. Jednak w tamtym roku było inaczej. Ukochany miał urwanie głowy w firmie, ciągle w podróży, mijaliśmy się coraz bardziej, a nasz związek wisiał na włosku. Jak już był to ciągłe kłótnie. A gdy przyszedł 14 lutego, jakby o nim zapomniał. Mimo, że niedziela dzień wolny, on wyszedł do kolegi, spotkali koleżankę ze szkoły średniej i z nią włóczyli się pół dnia. Ktoś by powiedział, wymarzony facet, by go rzucić. Nie liczyłam już na romantyczną kolację, ani kino. Na nic nie liczyłam, jedyne co mi przychodziło do głowy, to by zrobić mu awanturę. Zadzwonił, że się spóźni, pomyślałam, że na pewno będzie nocował u kumpla bo popili. Godzinę później zadzwonił, że będzie za 5 min. Wszedł do domu i powiedział, że musi gdzieś podjechać i jak chcę mogę się z nim zabrać. Pomyślałam, że przesadza i zaczęłam krzyczeć na niego. On powiedział, żebym zaufała, jak dojechaliśmy na miejsce, okazało się, że jesteśmy na torze Żerań. Stał tam namiot a w nim był stolik i grill. Z bagażnika mój ukochany wyciągnął kwiaty. Gdy jedliśmy podjechał sportowy samochód. To nie był koniec niespodzianek. Miałam okazję, jak ten sportowiec zrobić na fotelu pasażera kilka kółek. A gdy wróciłam ukochany dał mi buziaka i poprosił o rękę. To były najpiękniejsze walentynki, nie wiem czy uda mu się w tym roku je przebić . Pasja do szybkiej jazdy została :)

Milena W.

Warszawa

Był chłodny deszczowy, listopadowy poranek. Zaspałam do pracy, stłukłam kubek, spóźniłam się na swój...

Więcej »
Był chłodny deszczowy, listopadowy poranek. Zaspałam do pracy, stłukłam kubek, spóźniłam się na swój autobus, wybiegłam bez parasola nie patrząc, że za oknem szaleje niezła ulewa. Do tej pory myślałam, że takie historie - sploty nieszczęść z happy endem na końcu zdarzają się tylko w filmach i książkach. A tamtego dnia przytrafiło się to właśnie mi :) Wracając do mojej opowieści - wsiadłam do innego autobusu, wszystkie miejsca były zajęte. Zmoknięta i zła stanęłam nad jakimś siedzącym mężczyzną. Nieśmiało pomyślałam, że widząc w jakim jestem stanie ustąpi mi miejsca. Niestety, jak 90% ludzi w komunikacji miejskiej był wpatrzony w ekran swojego telefonu, co wtedy jeszcze bardziej mnie rozzłościło ;) Autobus stał w korku ponad pół godziny więc miałam czas na przemyślenia i obserwację świata dookoła. Kątem oka spostrzegłam, że chłopak przegląda facebooka i odwiedza profile związane z lotnictwem. Zaintrygowało mnie to, gdyż lotnictwo to moja wielka pasja. Wyostrzyłam swój wzrok, by zobaczyć jaki post skomentował. Będąc już w pracy nie mogłam przestać myśleć o tym, co tak pilnie czytał ów tajemniczy nieznajomy. Odnalazłam skomentowany przez niego post, zajrzałam na jego profil i stwierdziłam, że jest całkiem interesującym mężczyzną. Nie potrafię logicznie wyjaśnić tego, co stało się później gdyż jestem osobą, która nigdy nie wykonuje pierwszego kroku i w tych sprawach jest dość staroświecka. Ale jakimś cudem zostawiłam mu wiadomość zagadując o kwestie lotnicze i wspominając o naszym "spotkaniu" w autobusie. Ileż ja się stresowałam zanim odpisał. Godziny dłużyły mi się niemiłosiernie, a on jak to facet odpisał dopiero po dwóch dniach :) Ale dalej sprawy potoczyły się już bardzo szybko. Przez kilka dni wymienialiśmy wiadomości i postanowiliśmy się spotkać. Oczywiście na miejsce spotkania wybraliśmy Muzeum Lotnictwa. I tak oto połączyła nas wspólna lotnicza pasja...Od tamtej pory spotykamy się codziennie a nasza miłość kwitnie i mam nadzieję, że tak będzie już zawsze. Często wspominamy nasze początki...co najśmieszniejsze on w tym autobusie był tak zaczytany, że nawet mnie nie zauważył :) Chociaż może to lepiej bo nie wyglądałam wtedy zbyt atrakcyjnie ;) w każdym razie będziemy mieli co opowiadać kiedyś dzieciom ;)

Anna K.

Słupca

Grudniowy poranek, godz. 7.25. Pierwszy dzień obozu szkoleniowo-kondycyjnego dla wojskowego personel...

Więcej »
Grudniowy poranek, godz. 7.25. Pierwszy dzień obozu szkoleniowo-kondycyjnego dla wojskowego personelu latającego w Zakopanem. Śniadanie. Siadam niepewnie przy stoliku, przy którym siedzi już mój kolega z jednostki i jeszcze jeden Pan. Hmm - pilot... ciut starszy ode mnie. Mam wrażenie - wszechwiedzący bufon! Przez 3 tygodnie mamy okazję rozmawiać przede wszystkim o lataniu. Zmieniam zdanie bo nie dość, że okazuje się być specjalistą, bardzo dobrze wyszkolonym pilotem to jeszcze wcale z niego nie taki znowu bufon... Może nawet sympatyczny i wiele nas łączy. Mija już 7 lat od naszego pierwszego spotkania... Dziś mój mąż, dalej jest dla mnie autorytetem w sprawach lotniczych choć latamy na innych śmigłowcach. Ja ponoć jestem jego mentorem w sprawach kulinarnych, domowych. Wracając z jednostki zawsze wymieniamy spostrzeżenia dotyczące służby i latania - bo to nasza wspólna pasja. A w domu czeka kolejna zrodzona właśnie z prawdziwej pasji... nasza półtoraroczna córeczka Ala. P.S. Też lubi dźwięk przelatującego śmigłowca nad naszym domem. Kto wie, co z niej wyrośnie ...

Andrzej S.

Łódź

Pierwszy raz ujrzałem ją w swoim mieście na łódzkiej Pietrynie w 2006 roku i z miejsca się zakochałe...

Więcej »
Pierwszy raz ujrzałem ją w swoim mieście na łódzkiej Pietrynie w 2006 roku i z miejsca się zakochałem. Piękne kształty i żywy temperament idealnie współgrały z czerwienią, w jaką była ubrana. Cztery miesiące później "meganka" była już cała moja, chociaż wzięta na kredyt. Jako, że jestem pasjonatem tuningu po 3 latach doszedłem do wniosku, że nie odpowiada mi już jej wielkoseryjny charakter. Wprowadziłem w życie wiele pomysłów, które polegały na zmianach stylizacji na zewnątrz i w środku. 16" pięcioramienne aluminiowe felgi, zestaw spojlerów z przodu i z tyłu, nakładki na progi, białe tarcze zegarów z metalowymi obwódkami... Nie sposób było przejść obok niej obojętnie! Tak "odpicowaną" bryką pojechałem na ogólnopolski zlot miłośników samochodów marki Renault do miejscowości Borki pod Łodzią. Miło było spotkać się z ludźmi o takich samych zainteresowaniach. Na świetną zabawę złożyły się też m.in. liczne konkurencje z elementami współzawodnictwa. Właśnie podczas jednej z nich powtórnie się zakochałem. Obiekt moich westchnień przyjechał na zlot za kierownicą "muzy" czyli Renault Clio. Moje szczęście okazało się podwójne, gdy zobaczyłem rejestrację, która zaczynała się od liter "EL" czyli oznaczała Łódź. To nie mógł być przypadek! Z miejsca wrzuciłem 1. bieg i ruszyłem do niej, by wyprzedzić ewentualnych konkurentów. Na koniec dnia pełnego wrażeń zapłonęło integracyjne ognisko przy dźwiękach muzyki z instalacji audio zamontowanej w bagażniku jednego z Renault Twingo. Poprosiłem Ninę do tańca, w trakcie którego usłyszałem komplement: "Świetnie prowadzisz - ciekawa jestem, czy tak samo dobrze całujesz?". Do Łodzi wróciliśmy razem jadąc jedno za drugim. I od tamtej chwili wspólnie przemierzamy życiowe drogi i zakręty.
Zobacz wszystkie zgłoszenia>
X

Artykuły

Najgorętszy walentynkowy trend, krótka historia o miłości i rada, dzięki której twoje życie stanie się piękniejsze!
Zapoznaj się z naszymi artykułami pełnymi pasji.

Życie pełne miłosnych uniesień – na czym polega etap LOVE? »

Czytaj: Życie pełne miłosnych uniesień – na czym polega etap LOVE? »

W białym ci do twarzy! Stylizacje, które podbiją twoje serce. »

Czytaj: W białym ci do twarzy! Stylizacje, które podbiją twoje serce. »

Zaprojektuj swoje życie i weź los we własne ręce! »

Czytaj: Zaprojektuj swoje życie i weź los we własne ręce! »