Temat tygodnia

Stereotypy - czy warto w nie wierzyć?

Co to znaczy „jeździ jak baba”? I czy kobieta sama
nie może wymienić uszczelki? WARSZAWKAśka
i Księżniczka z Bajkiem prezentują swoje spostrzeżenia
na temat stereotypów.

Tomek jest świetny – westchnęła Z. – ale jeździ jak baba. Te słowa brzmiały jak ...

Kobieta (nie)normalna – jak się nie zmienisz, to nigdy nie znajdziesz sobie faceta ...

Jak to baba

Tomek jest świetny – westchnęła Z. – ale jeździ jak baba. Te słowa brzmiały jak przypieczętowanie losu nieznanego mi Tomka. Przecież jeżdżenie „jak baba” to najgorsze z możliwych. Niegodne wymarzonego faceta...

Czytaj dalej

Kobieta (nie)normalna

– Jak się nie zmienisz, to nigdy nie znajdziesz sobie faceta. Bo Ty przecież nie jesteś normalną kobietą. Od zakupów wolisz znikać na całe dnie na tym swoim rowerze, wieczorem zamiast iść na imprezę...

Czytaj dalej

Czy jesteś dobrym kierowcą?

x

Kobieta (nie)normalna

– Jak się nie zmienisz, to nigdy nie znajdziesz sobie faceta. Bo Ty przecież nie jesteś normalną kobietą. Od zakupów wolisz znikać na całe dnie na tym swoim rowerze, wieczorem zamiast iść na imprezę, siedzisz w domu i czytasz książki, szpilki zakładasz od wielkiego dzwonu, prawie się nie malujesz i jeszcze w dodatku wszystko w domu potrafisz sama naprawić – jakiś czas temu zawyrokowała moja niezawodna przyjaciółka M., gdy właśnie kończyłam naprawiać kran w jej łazience.

No tak, takie podziękowanie dostałam za naprawienie jej kranu, który cieknie od dwóch tygodni i nad którym jej luby bezradnie rozłożył ręce. I serio kobieta, która nie wygląda (i nie chce wyglądać!) jak wyfotoszopowana celebrytka z pierwszych stron gazet i która nie dzwoni po hydraulika, kiedy trzeba tylko zmienić uszczelkę, jest nienormalna? I na dodatek koniecznie musi się zmienić, żeby osiągnąć spełnienie swojej nędznej, babskiej egzystencji, czyli znaleźć faceta, który jest przecież miarą jej wartości? Jeśli tak, to ja chyba wolę być sobą nienormalna. I w sumie mało obchodzi mnie, co ktoś o mnie sądzi. W końcu najważniejsze jest to, co ja myślę o sobie i czy ja czuję się ze sobą dobrze. Nie mam więc zamiaru stawać na głowie i udowadniać, że nie jestem wielbłądem (czytaj: nienormalną kobietą). A facet? Znajdzie się sam. Taki, który nie boi się zaradnej laski.

PS. Znalazł się :)

Jak to baba

Tomek jest świetny – westchnęła Z. – ale jeździ jak baba. Te słowa brzmiały jak przypieczętowanie losu nieznanego mi Tomka.

Przecież jeżdżenie „jak baba” to najgorsze z możliwych. Niegodne wymarzonego faceta, księcia na białym rumaku (czy raczej na kilkuset rumakach pod maską) i w ogóle. Z drugiej strony… niby czemu Z. użyła zwrotu „jak baba”. Przecież sama jest babą a jeździ fantastycznie. Po co wyciągać na wierzch durne stereotypy? Widziałam facetów, którzy specjalizują się w „cichych dniach”, intrygach i fochach. I kobiety, które nie marudziły, bazowały na faktach, nie dąsały się. Jednocześnie nie wiem nawet, ile razy słyszałam, że fochy to sprawa wyłącznie damska a konkrety - męska. Serio? Na szczęście powoli nasza prawdziwa natura wychodzi z cienia. Coraz częściej widać odważne kobiety w filmach, coraz częściej przestajemy być głupiutkimi blondynkami w reklamach. Brawo. Zostaje jeszcze najważniejsze wyjście z cienia – to w naszych głowach. Czas zdać sobie sprawę, że „baba” może jeździć dobrze albo źle – to kwestia indywidualna. Bo każda z nas jest inna. I wyjątkowa.

Ps. Z. faktycznie z tym całym Tomkiem nie wyszło. Ale nie dlatego, że źle jeździł. Po prostu nudny był i tyle.

Złoty medal w kupowaniu

Postanowione! Zrzucam wagę i trenuję! Oczywiście najpierw konieczne były zakupy. Kolejne odwiedzane sklepy zapewniały mi najmodniejsze ciuchy na siłownię, odżywki, sprzęty i jeszcze obsługę miłego pana, który pomógł mi dobrać buty biegowe. (Fakt, ze nie poprosił przy tym o mój numer telefonu a jedynie numer buta, przypomniał historię o Kopciuszku. Mam nadzieję, że mnie odszuka dzierżąc w dłoni trampek rozmiar 39.) Kupiłam więcej niż planowałam, ale nareszcie byłam w pełni gotowa....

I piekielnie zmęczona. Na tyle, że zdecydowałam przełożyć siłownię na inny dzień. Albo i miesiąc. Planowanie przerwał mi komunikat od aplikacji śledzącej liczbę kroków „Gratulacje, dziś ustanowiłaś nowy rekord”. W konsumpcyjnym szale pokonałam więcej kilometrów, niż byłabym w stanie przebiec na bieżni! Okazuje się więc, że czasem, chcąc dobrze wyglądać można też całkiem nieźle potrenować. Droga Księżniczko z Bajkiem – jedno nigdy nie wyklucza drugiego. Najważniejsze to zdać sobie sprawę, co na serio się lubi.

Ps. W końcu sportem i tak się zainteresowałam. Bieganiem konkretnie. Oczywiście same rozumiecie, że kolejna wizyta w sklepie z butami była konieczna ;)

„Sportowe” emocje

Od samego początku wiedziałam, że to się stanie. I miałam rację. Zgodna z najnowszymi trendami, długa spódnica Z., nowej dziewczyna mojego przyjaciela K., z gracją wkręciła się w szprychy, a Z. z już zdecydowanie mniejszą gracją, runęła wraz z rowerem wprost do rzeczki. Za nią runął jej luby i w panice zaczął wyciągać na przemian to ją, to designerski rower. Gdy Z. cała, zdrowa, ale niewyobrażalnie wściekła, znalazła się na brzegu, oświadczyła, że nigdy w życiu nie da się już nam namówić na takie głupie wycieczki.

– Eh – westchnął mój C., gdy opowiadałam mu tę historię – jak to dobrze, że Ty na rower ubierasz się normalnie.

Czyli jak? Po prostu wygodnie i funkcjonalnie. Kiedy w dzieciństwie tata zarażał mnie sportową pasją, nauczył mnie nie tylko tego, że aktywność fizyczna to coś, co robi się przede wszystkim dla siebie, by kształtować swój charakter i ciało, a nie szpanować przed znajomymi swoimi wynikami, najnowszą kolekcją sportowych ubrań czy designerskim sprzętem. A sportowych emocji dostarcza mi trening i rywalizacja, a nie to, jakie logotypy ma ktoś na ciuchach czy sprzęcie.

Misja – urlop

Nareszcie urlop! O radości! Wyczekiwany przez długie miesiące – zbyt długie, żeby teraz zmarnować chociaż chwilę. No właśnie…

Po pierwsze – trzeba koniecznie pozałatwiać zaległe sprawy urzędowe, z którymi nie wyrabiałaś się na co dzień. Dostajesz szału, bo złożenie podania X, wiąże się z wizytami w kilku miejscach i zdobyciem kilku pieczątek. Ostatnio tak nabiegałaś się grając w Tomb Raidera i zbierając artefakty, żeby otworzyć drzwi do starożytnego grobowca.

Po drugie – przypominasz sobie, że zbyt dawno nie odwiedzałaś matki natury. Po kilku godzinach przypominasz sobie dlaczego. Resztę dnia spędzasz rozdrapując ukąszenia komarów i szukając kleszczy.

Po trzecie – nagle ze zgrozą zauważasz, że twoje mieszkanie z przytulnego gniazdka zamieniło się w ponurą norę, czas chyba je nieco odświeżyć. Ale hej! Podobno prawdziwy polski urlop równa się remont.

Po czwarte – w końcu czas przeczytać te wartościowe książki, które dzielnie czekały na półce, kiedy ty połykałaś durne kryminały. Kończysz na balkonie z winem i tomiszczem, które w tytule ma słowo „fenomenologia”. Nudzisz się jak mops, ale przynajmniej ego trochę rośnie. Po drugim kieliszku kończysz z fenomenologią i czytasz kryminał.

Po piąte – jeśli nawet jakimś cudem udało ci się zamówić chociaż kilka dni last minute all inclusive, to ostatecznie padasz ze zmęczenia i masz dość zanim zaczniesz.

Dlatego w tym roku postanawiam od razu pierwszego dnia spakować się i ruszyć w Polskę. Będę się włóczyć po miastach. Żadnego harmonogramu, żadnego załatwiania spraw. Pełna spontaniczność. A jak tam u Was wakacyjne plany?

Wakacje są po to, żeby odpocząć

Tak, tak, droga WarszawKaśko! Może Cię zaskoczę, ale właśnie po to ludzkość wymyśliła te kilka wolnych dni – żeby się zrelaksować, a nie podbudowywać swoje ego czytaniem mądrych książek albo wrzucaniem na Facebooka zdjęć z wakacji. No ale cóż, najwyraźniej ego niektórych osób wymaga ciągłego podbudowywania. Powodzenia zatem, Kochana! Ja tymczasem mam zamiar spędzić swój urlop z dala od znanych kurortów. Dlaczego? Oto kilka powodów:

1. Wszechobecny tłok. Widzieliście kiedyś kolejkę po gofry na sopockim Monciaku? PRL-owskie ogonki po świąteczną szynkę to przy tym pikuś! Na plaży natomiast zamiast morza podziwiasz wzorki na parawanach innych plażowiczów, którzy rozbijając swój obóz, omal nie przebili cię kijkiem od parawana jak Drakuli osinowym kołkiem.

2. Ceny z kosmosu. Wraz z rozpoczęciem sezonu ceny w kurortach rosną do jakichś niebotycznych rozmiarów. Gofr z cukrem i dodatkami może kosztować ok. 10 zł. Spacer po molo? Nawet 11 zł. Za to fota na fejsa – bezcenna.

3. Kicz. Nic nie poradzę, że mi smutno, jak patrzę na te wszystkie kiczowate pamiątki, o których ludzie naprawdę myślą, że to wyrób regionalny, hand made. Spieszę wyjaśnić, że R.P.C. napisane na nich małym druczkiem to nie Republika Pamiątek Cudnych.

4. Hałas. „Przez te oczy, te oczy zielone oszalaaaałem…”, „Gotowana kukurydza”, „Psejozdzki brycką po cołem Zakoponem, hej” – to muzyka polskich kurortów. A ja jestem z tych, dla których najpiękniejsza muzyka to cisza.

Dlatego właśnie urlop spędzę w ukochanych Tatrach, wędrując z plecakiem od schroniska do schroniska po mało uczęszczanych szlakach. Albo na rowerze, jeżdżąc po zakątkach, które z powodzeniem mogą konkurować z Toskanią czy Prowansją. Albo włócząc się z kijkami trekkingowymi po wybrzeżu, ale tylko tam, gdzie na plaży zamiast Zenka (sorry, Zenek, to nic osobistego) słychać szum fal. Jeszcze nic nie zaplanowałam, bo przecież najfajniejsza jest ta niewiadoma.

A Wy? Jak w tym roku spędzacie urlop? Zabukowałyście już ekskluzywne wczasy czy bez planów ruszacie z plecakiem po prostu przed siebie?

Księżniczka z Bajkiem

Brak planu to też plan

Właśnie miałam umościć się wygodnie na przygotowanym legowisku z książką i kieliszkiem (no dobra, bez ściemy – butelką) wina, gdy zadzwonił mój przyjaciel J. z pytaniem, czy może do niego wpadnę. W sumie, czemu nie? – pomyślałam. Zanim dotarłam do J., na miejscu była już cała nasza paczka. Uznaliśmy, że noc jest zbyt piękna, żeby siedzieć w domu i postanowiliśmy się wybrać nad pobliską rzekę. Ognisko, śpiewanie (no ok, bardziej darcie japy, ale nie czepiajmy się szczegółów) przy gitarze największych polskich szlagierów i gapienie się w rozgwieżdżone niebo. O alternatywnych nazwach, które wymyśliliśmy dla znajdujących się nad nami gwiazdozbiorów, z pewnością nie śniło się nawet największym astronomom. A potem poranek kojota. Ale czymże – że tak poetycko zapytam – przy takiej nocy jest „mały” ból głowy, zdarte gardło, kilka siniaków, które wzięły się nie wiadomo skąd (przecież cały czas grzecznie siedziałaś przy ognisku), zgubiony lewy but i wory pod oczami takie, że można by nasypać tam kilogram ziemniaków? Drobiazg!

Dlatego na sobotnie wieczory zazwyczaj nic nie planuję, bo wszystkie moje najlepsze imprezy zaczynają się właśnie od braku planów.

Lotem na imprezę

Zaplanowany wypad do klubu, świetny DJ w mieście, umówieni znajomi, ukochane szpilki czekają na otwarcie sezonu. Po prostu plany na wieczór najlepsze z możliwych.

Przygotowania poszły dość szybko (jak na mnie) bo trwały jakieś trzy godziny (wliczając w to maseczki, odżywki, kąpiel i bieganie po domu z krzykiem bo, o ile sukienka była idealna, to mój brzuch już nie do końca). Ostatecznie założyłam szpilki, odmachałam znajomym czekającym w taksówce pod blokiem i zbiegłam ze schodów. Czy raczej sfrunęłam – lepsze słowo.

Dalszy scenariusz wieczoru był następujący. Dwie przyjaciółki odwiozły mnie do lekarza, wysłuchiwały zapewnień, że już NIGDY nie założę szpilek (taaak, jasne), oglądały z przejęciem moje zdjęcie rentgenowskie (żadnych złamań, na szczęście, za to stłuczenie solidne), i wreszcie przywiozły do domu. Ostatecznie skończyło się na wspólnym wieczorze na kanapie, z moimi ulubionymi filmami, kubełkiem lodów i najświeższymi plotami. I wiecie co, dzięki nim, zrozumiałam, że najważniejsze jest nie gdzie i jak, ale z kim! Dzięki, dziewczyny!

Praca marzeń

Pewnego dnia K., podobnie jak moja partnerka na łamach, postanowiła rzucić dotychczasową pracę, wyjechała na wieś, kupiła malowniczą chatę, po czym zaczęła prowadzić ekobiznesy.

Jednak zamiast wypoczywać na łonie natury podpisuje kontrakty, spotyka się z partnerami, zdobywa certyfikaty. I tak od świtu do nocy, siedem dni w tygodniu.

Siedziałyśmy na jej nowych włościach, widok za oknem oszałamiał, twarz K. nieco mniej.

- Jak ja bym do tego korpo wróciła. – westchnęła nagle.

- Po co? – zapytałam autentycznie zdziwiona.

- Odpocząć – wydusiła wreszcie i popiła tę odpowiedź winem.

Do K. zadzwoniłam kilka tygodni później, bo słyszałam, że szukają kogoś na stanowisko, które mogłoby się jej spodobać. Odmówiła. Przypomniałam więc naszą rozmowę.

- No jasne, że mam takie doły. – odpowiedziała – Ale pierwszy raz w życiu kocham swoją pracę.

Pomyślałam o wszystkich swoich nadgodzinach i spotkaniach przełożonych „bo praca”. A niech to… też narzekam, ale bym tego nie zamieniła na nic innego. Obie znalazłyśmy swoje miejsca. Całkiem różne, ale tak fajne, że warte płacenia czasem i zmęczeniem. I chyba właśnie o to chodzi! Nie sądzicie?

WARSZAWKAŚKA

Work-life balance

czyli dlaczego praca marzeń nie zawsze jest spełnieniem marzeń

Kończysz studia i marzysz o tym, żeby znaleźć dobrą pracę, w której nie tylko przyzwoicie zarobisz, lecz także będziesz mogła się rozwijać i generalnie „robić karierę”. I wreszcie jest – wyśniona posada w korpo. Wydaje Ci się, że złapałaś Pana Boga za nogi i że przed Tobą otwierają się bramy raju – lunche z klientami, karty sportowe i inne benefity, służbowe imprezy, designerski laptop i telefon, a przede wszystkim niebotyczne zarobki. Z tego wszystkiego zgadzają się tylko laptop i komórka, która prawie nie przestaje dzwonić. Z nadzieją, że wszystko zmieni się zagryzasz zęby i pniesz się mozolnie po kolejnych szczeblach korporacyjnej drabiny i rzeczywiście wszystko się zmienia. Również to, że w domu zaczynasz być tylko gościem i mimo że zarabiasz pieniądze, to nie masz nawet kiedy ich wydawać. W końcu orientujesz się też, że ledwo pamiętasz, jak wygląda Twoja najlepsza przyjaciółka i którędy jedzie się do Twoich rodziców. I to jest ten moment, kiedy mówisz: dość! Przynajmniej ja powiedziałam. Czy miałam wątpliwości? Oczywiście? Czy się bałam? Jak diabli! Bo dziś nie jest łatwo znaleźć dobrą pracę, a przecież żyć z czegoś trzeba. No właśnie, ale jeśli na to życie już nie starcza czasu? Teraz po południu mogę spotkać się ze znajomymi, a w weekend pojechać na cały dzień na rajd rowerowy. Bez stresu i dzwoniącej non stop komórki. Za to z uśmiechem na twarzy i radością w sercu. Bo kariera, to nie tylko superposada w korpo.

Księżniczka z Bajkiem

Bo grunt to lubić siebie

Księżniczka z Bajkiem

– To może o 8? – zaproponowałam, próbując ustalić z M. godzinę naszego sobotniego treningu biegowego.

– O 8?! Zwariowałaś?! Musiałabym wstać najmniej o 5 rano! Przecież sam make up zajmuje minimum dwie godziny!

Zdębiałam. Make up na poranną sobotnią przebieżkę? Serio? Przyznam, że nigdy nie rozumiałam dziewczyn, które robią pełny makijaż, wychodząc rano po bułki do sklepu. I nie chodzi tu o to, żeby w ogóle się nie malować. Sama przecież robię makijaż do pracy czy na jakieś większe wyjścia, ale na treningu, spacerze z psem czy grillu ze znajomymi wolę wyglądać naturalnie. Tak mi jest po prostu wygodniej. Poza tym, gdy patrzę na siebie w lustrze bez makijażu, nie myślę „Fuj, co za paskudztwo! Trzeba to jak najszybciej zatapetować”. Przeciwnie – lubię siebie taką, jaką jestem. Lubię swoje piegi, rumiane policzki i lekko zadarty nos. I uważam, że kurze łapki od częstego uśmiechania się są dość urocze. Dlatego na co dzień stawiam na delikatny make up nude lub w ogóle z niego rezygnuję. A czas, który miałabym spędzić nakładając kolejne warstwy kosmetyków, wolę poświęcić na przyjemności

Księżniczka z Bajkiem

Moda na miarę potrzeb

Księżniczka z Bajkiem

– Musisz czasem wyjść do ludzi – powiedziała stanowczo M. Chciałam jej uprzejmie przypomnieć, że wychodzę regularnie, a jakże – do kina, teatru, a czasem nawet opery. Wiedziałam jednak, że tę bitwę przegrałam i chcąc nie chcąc, będę musiała iść na ten pokaz wiosennej kolekcji jednej z najbardziej znanych polskich projektantek, czyli dokładnie tam, gdzie pasuję jak kwiatek do kożucha. – Aha i wcześniej pójdziemy na zakupy – oświadczyła M.

To nie jest tak, że nie lubię mody. Lubię, ale na co dzień po prostu stawiam na wygodę. Zresztą jestem zdania, że jedno z drugim można całkiem dobrze połączyć. No bo wyobraźcie sobie, że biegnę rano do pracy na autobus. Podmiejska nawierzchnia pozostawia wiele do życzenia, za to niewiele wybacza. Dlatego właśnie w mojej szafie są głównie płaskie balerinki i sportowe buty. A ciuchy? Przyznam, że nie bardzo mam czas i ochotę śledzić najnowsze trendy, które zmieniają się tak szybko jak w kalejdoskopie. Kupuję po prostu to, co mi się podoba i w czym wyglądam i czuję się dobrze.

Przed pokazem M. wcisnęła mnie w paskudną, pstrokatą i zdecydowanie za krótką kieckę z jakimś koszmarnym kwieciem udrapowanym na ramieniu niczym gigantyczna kapusta. Całości dopełniał fikuśny kapelusik z piórami, w którym czułam się jak okazała kwoka.

– No teraz nikt nie oderwie od Ciebie wzroku – powiedziała zadowolona. No i tu się z nią akurat zgodziłam w całej rozciągłości. Jeszcze tylko narzędzie tortur w postaci 11-centymetrowych wyszywanych kryształkami szpilek, które błyszczały tak, że spokojnie mogłyby zastąpić światła przeciwmgielne, i mogłam „iść do ludzi”.

Cały wieczór modliłam się, aby ten festiwal próżności wreszcie dobrnął do finału. Na szczęście wszystko, co niedobre też kiedyś się kończy, choć niestety nie tak szybko jak to, co dobre. Następnego dnia rano jak zawsze lekko spóźniona wybiegłam z domu do pracy. Tym razem już ubrana, a nie przebrana.

– Dzień dobry! Wczoraj to chyba jakieś wielkie wyjście było, prawda? – zagadnął mnie dyrektor jednoosobowej firmy monitoringowej „Sąsiad security”, która od niepamiętnych czasów działa na naszym osiedlu, a której siedziba znajduje się dokładnie obok mojego mieszkania.

– Mhm – mruknęłam gotowa biec dalej.

– No odważnie pani wyglądała no i tak... no... modnie. Ale ja to pani powiem, że wolę panią taką jak zawsze – na luzie i z rozwianymi włosami. Tak świeżo i dziewczęco.

No i git. Bo ja też siebie taką wolę.

A Wy? Też stawiacie na wygodę i własny styl czy raczej kupiłyście już coś z tej kolekcji, na której pokazie byłam?

Księżniczka z Bajkiem

M. jak moda

WARSZAWKAŚKA

O ile Księżniczka z Bajkiem może się poszczycić przyjaciółką M., mój M. jest facetem. Przystojnym, zabawnym, oczytanym i… zajętym. Mimo to zakochałam się w nim na zabój. Straciłam pół roku na wylewanie łez, słuchanie ponurych kawałków i picie wina. I na fatalne ciuchy. Tak – w czasach, w których przeżywałam niespełnioną miłość, ubierałam się fatalnie. Jakieś powyciąganie dresy, paskudne spódnice, które zaprojektował ktoś mający problemy ze wzrokiem i samym sobą, babcine swetry. Mój miłosny upadek doskonale korespondował z upadkiem stylu.

Aż pewnego dnia (była wtedy wiosna, a wiosną wszystko jest łatwiejsze), odkryłam, że zakochanie mi przeszło. Tak po prostu. M. nagle był dla mnie tylko jednym z wielu. I wiecie co zrobiłam jako pierwsze? Kupiłam sobie sukienkę. Tak!

Dlatego, tak jak w poprzednich latach, mam zamiar poświęcić przynajmniej jeden weekend na studiowanie magazynów i portali, żeby śledzić trendy. Ostatecznie nie zastosuję się do większości z nich, ale te, które mi pasują, potraktuję z należytą uwagą i respektem. I jestem, Księżniczko prawie pewna, że w swoim buncie przeciw dyktaturze trendów, tak na serio, jesteś dokładnie tego samego zdania co ja – ubranie ma poprawiać humor, sprawiać, że czujemy się lepiej. Jeśli dla Ciebie są tym trampeczki i sweterki, to super. Nie oszukujmy się – wiesz doskonale, że podobasz się w nich tej osobie, na której powinno ci najbardziej zależeć – Tobie samej.

A jak tam u Was dziewczyny? Lubicie bawić się modą? I najważniejsze – dla kogo się ubieracie?

Warszaw Kaśka

Zabawa w urodę

WARSZAWKAŚKA

Mam nadzieję, że sąsiedzi byli akurat na spacerze, kiedy ściągałam z twarzy B. maseczkę peel-off, bo popiskiwała strasznie. Po chwili B. miała nieco mniej brwi, ale supergładką cerę. Nie było jednak czasu na płacze – w kolejce czekało jeszcze kilka zabiegów. To był jeden z naszych piątków urody – tradycja, która zaczęłyśmy jeszcze na studiach, kiedy to w akademiku musiałyśmy dokonywać wyboru – zjeść jogurt, czy nałożyć go sobie na twarz. Dziś trend kosmetyków DYI powraca a my witamy go jako ekspertki. Dlatego na naszych wieczorkach pojawiają się modne azjatyckie maseczki, ale i pulpy z miodu i płatków owsianych. Kochamy te wspólne wieczory, bo to odpowiednik zabawy lalkami, które przecież na okrągło ubierało się i upiększało.

Nie wierzę, że przekonam Królewnę z Bajkiem, ale być może jej znajoma malująca się przez dwie godziny, nie jest zakładniczką własnej twarzy, wołającą o pomoc. Może ona po prostu lubi się malować, ma z tego taką frajdę, jak inni z dwugodzinnej przebieżki. W końcu o to chodzi, żeby w wolnym czasie robić to co się lubi. Nawet jeśli to oznacza czasem przypinanie sztucznych rzęs przed wyjściem ze śmieciami. A jak tam u Was?

Warszaw Kaśka

WarszawKaśka

Żyje życiem miasta i już kilka kilometrów od centrum zaczyna czuć się nieswojo. Wie gdzie się aktualnie bywa i co się aktualnie robi (chociaż nie zawsze rozumie, po co). Związki miewa a przyjaźnie ma – takie na stałe i na dobre i złe. Kiedyś chciała być szalonym naukowcem, dziś wie już, że z tego wyszła jej zaledwie połowa i nie chodzi bynajmniej o karierę naukową. Jest freelancerką, a to pozwala jej pracować tam, gdzie chce. Najczęściej w ulubionej kawiarni, z której ma doskonały widok na ukochaną Warszawę. Chociaż i tak jej zdaniem najlepiej patrzy się na świat z przymrużeniem oka.

Księżniczka z Bajkiem

Gdy kiedyś babcia zapytała ją, kim chce zostać, jak dorośnie, odpowiedziała: „księżniczką z bajki”. W końcu jednak zamiast różowych tiulowych sukienek wybrała strój kolarski, a szklane pantofelki zastąpiła butami SPD. Dlatego znajomi nazywają ją Księżniczką z Bajkiem. Miłość do jazy na rowerze zaszczepił w niej ojciec jeszcze w dzieciństwie i od tamtej pory, jak gdzieś szła, to jechała na rowerze. A jak nie jeździ, to biega, pływa albo włóczy się po Tatrach. I w ogóle dość trudno utrzymać ją dłużej w jednym miejscu. Slow life i hygge zaczęła uprawiać, zanim dowiedziała się, że coś takiego w ogóle jest. Do życia podchodzi z dystansem i przymrużeniem oka, bo – jak twierdzi – życie tak samo podchodzi do nas.

NAZWA PRODUKTU LECZNICZEGO: ESPUMISAN, 40 mg, kapsułki SKŁAD JAKOŚCIOWY I ILOŚCIOWY: Każda kapsułka zawiera 40 mg symetykonu (Simeticonum). Substancje pomocnicze o znanym działaniu: metylu parahydroksybenzoesan (E 218) 0,28 mg, żółcień pomarańczowa FCF (E 110) 0,002 mg. POSTAĆ FARMACEUTYCZNA: żelatynowe kapsułki, prawie okrągłe, żółte, miękkie, o gładkiej powierzchni i widocznej spoinie. Zawartość kapsułek jest bezbarwna i może być lekko mętna. WSKAZANIA DO STOSOWANIA: w leczeniu objawowym dolegliwości żołądkowo-jelitowych związanych z gromadzeniem się gazów, np.: wzdęcia; w przypadku wzmożonego powstawania gazów w okresie pooperacyjnym; pomocniczo w badaniach diagnostycznych okolic brzucha, np. badaniach radiologicznych i ultrasonograficznych oraz gastroskopii. Espumisan wskazany jest do stosowania u dzieci w wieku powyżej 6 lat, młodzieży i dorosłych. PRZECIWWSKAZANIA: Nadwrażliwość na substancję czynną, żółcień pomarańczową FCF (E 110), metylu parahydroksybenzoesan (E 218) lub na którąkolwiek substancję pomocniczą. PODMIOT ODPOWIEDZIALNY POSIADAJĄCY POZWOLENIE NA DOPUSZCZENIE DO OBROTU: Berlin-Chemie AG, Glienicker Weg 125, 12489 Berlin, Niemcy. Ostatnia aktualizacja: 07.2016 Informacja naukowa: BERLIN-CHEMIE/MENARINI POLSKA Sp. z o.o. ul. Cybernetyki 7B, 02-677 Warszawa, tel. 22 566 21 00